Onimusha: Way of the Sword - Recenzja

Capcom niezmiennie kontynuuje swoją doskonałą passę wydawniczą. Po blisko dziesięciu latach rynkowej nieobecności kultowa marka powraca w formie pełnoprawnego rebootu. Onimusha: Way of the Sword to gra, która z jednej strony opiera się na sprawdzonych, bezpiecznych fundamentach, ale z drugiej – daje od siebie znacznie więcej, niż można by oczekiwać od standardowego wznowienia serii.

Recenzja: Onimusha: Way of the Sword – Triumfalny powrót japońskiej legendy

Capcom niezmiennie kontynuuje swoją doskonałą passę wydawniczą. Po blisko dziesięciu latach rynkowej nieobecności kultowa marka powraca w formie pełnoprawnego rebootu. Onimusha: Way of the Sword to gra, która z jednej strony opiera się na sprawdzonych, bezpiecznych fundamentach, ale z drugiej – daje od siebie znacznie więcej, niż można by oczekiwać od standardowego wznowienia serii.

Twórcy postanowili zrezygnować ze ślepego podążania za modą na ogromne, rozwleczone otwarte światy, stawiając na kameralną, skondensowaną i niesamowicie intensywną opowieść, która wciąga jak bagno już od pierwszych minut rozgrywki.

Folklor, demony i bohaterowie z krwi i kości

Świetne zakorzenienie fabuły w historii i folklorze Japonii to bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów nowej Onimushy. Gra przedstawia nam losy Miyamoto Musashiego oraz jego rywala Sasakiego Ganryu. Co niezwykle istotne, nie są to postacie historyczne przeniesione w stosunku jeden do jednego – gra wykreowała własne, unikalne i dopasowane do konwencji dark fantasy wizje tych słynnych wojowników. Obaj szermierze ulegają mocom potworów zwanych Genma już na początku historii, by po chwili zostać wskrzeszonymi w mrokach piekieł przez enigmatycznego starca. Musashi powraca z zaświatów wyposażony w Rękawicę Oni, artefakt potrafiący pożerać dusze przeciwników, a w której zakotwiczony został potężny duch wojowniczki – Shizuki.

Historia zyskuje potężnie na tym, że skupia się na małej, bardzo zwartej grupie postaci. Zarówno główny protagonista, antagonista, jak i postacie poboczne (między innymi strażnik Bramy Oni Takamura oraz jego bystra asystentka Okuni - która przy okazji jest postacią znaną z kreacji tańca znanego jako Kabukimono) otrzymali własną historię i rozbudowane motywacje.

Sam Musashi jest bohaterem napisanym brawurowo. Z pozoru to cyniczny, niemal arogancki szermierz, który za wszelką cenę pragnie udowodnić swoją wyższość w posługiwaniu się ostrzem, a misja ratowania świata jest mu wybitnie nie na rękę. Cwaniakowanie do gigantycznych demonów w jego wykonaniu budzi uśmiech, ale pod tą grubą skorupą pychy kryje się świetnie poprowadzony rozwój charakteru. Relacja między nim a duchem Shizuki, ewoluująca od niechęci do pełnego szacunku partnerstwa, w którym żadna ze stron nie jest faworyzowana, stanowi emocjonalny i dojrzały rdzeń tej gry.

Audiowizualna uczta w sercu zniszczonego Kioto

Wizualnie Way of the Sword udowadnia, że artystyczny kierunek jest ważniejszy od suchej liczby wielokątów na ekranie. To prawdziwa audiowizualna uczta – świat momentami autentycznie zachwyca, a otoczenie potrafi niemal samodzielnie dźwigać ciężar opowiadanej historii. Doskonałym przykładem są świetne projekty lokacji. Kioto, służące graczowi za główną bazę wypadową, jest zniszczone i zainfekowane złem, a jednak przyciąga swoim ponurym pięknem.

Z czasem odwiedzamy również starożytne lasy, zamglone szczyty gór, monumentalne świątynie czy kunsztowny pałac cesarski. Gra zbudowana jest na modelu tak zwanej „piasty i szprych”, co sprawia, że obszary są zamknięte, ale wielopoziomowe i wzajemnie ze sobą połączone, zachęcając do drobiazgowej eksploracji w poszukiwaniu materiałów rzemieślniczych i ołtarzy.

Ogromne uznanie należy się deweloperom za poziom animacji twarzy. Oblicze Musashiego oparto bezpośrednio na wizerunku legendarnego Toshiro Mifune (gwiazdy filmów Akiry Kurosawy). Capcom z niesamowitym pietyzmem przeniósł na wirtualny ekran jego kultową mimikę i manieryzmy, włącznie z drobnymi nawykami, takimi jak drapanie się w tył głowy w momentach zakłopotania. Dopełnieniem tego majstersztyku jest fenomenalny japoński dubbing. Głosy Yoshimasy Hosoyi (Musashi) czy Ayi Endō (Shizuka) to absolutna klasa światowa, budująca klimat japońskiego kina samurajskiego. Granie z angielskimi głosami (gdzie połowa obsady brzmi jak wyciągnięta z londyńskiego pubu) to w tym przypadku gigantyczny błąd, który odbiera grze sporą część jej unikalnej duszy.

Taniec na krawędzi miecza

Mechanika starć to element, dla którego tysiące graczy zarwą noce. Onimusha oferuje wymagający, ale bardzo prosty w swoich podstawowych założeniach system walki, który niesamowicie wynagradza gracza za podejmowane ryzyko. Musashi nie posiada klasycznego paska wytrzymałości podczas zadawania ciosów, dzięki czemu zawsze pozostaje w bezlitosnej, pełnej ofensywie. Prawdziwa gra psychologiczna toczy się jednak po stronie defensywnej, w żonglowaniu blokami, szybkimi unikami oraz perfekcyjnymi parowaniami.

Absolutnym „Świętym Graalem” i trzonem satysfakcji jest mechanika zwana Issen. To precyzyjny, potężny kontratak, który odpalamy, naciskając przycisk ataku w ułamku sekundy przed tym, jak cios wroga trafi w naszą postać. Jeśli wyczucie czasu będzie bezbłędne, bohater natychmiast unika uderzenia, tnąc oponenta krytycznie i obdzierając go ze staminy. Skuteczne odpalenie Issen pozwala błyskawicznie kończyć potyczki i pożerać za pomocą rękawicy dusze pokonanych (żółte leczą, czerwone służą do ulepszeń, a niebieskie zasilają zdolności specjalne). Błąd przy tej technice kończy się jednak potężnymi obrażeniami. Gra rzuca wyzwanie, zachęcając – i to bardzo skutecznie – by podobnie jak główny bohater, dążyć do perfekcji na polu bitwy, gdzie każde dziesięć sekund spędzone na walce to test opanowania.

Pęknięcia na klindze i powtarzalność

Niestety, tak ostre i piękne ostrze z czasem zaczyna się odrobinę tępić. Tytuł miewa odczuwalne problemy w drugiej połowie kampanii. O ile zadania fabularne i kapitalne wątki poboczne od ducha pisarki Murasaki (odkrywanie japońskich przypowieści i baśni o lwich psach) trzymają wysoki poziom, o tyle pętla rozgrywki z czasem staje się straszliwie powtarzalna. Zlecenia opcjonalne po kilkunastu godzinach tracą na unikalności, zmuszając do biegania po znanych już obszarach.

Największą wadą konstrukcyjną jest bezlitosny recykling mini-bossów. Potężni początkowo wrogowie, jak opancerzony Byakue, w późniejszych etapach wracają między walkami z ważniejszymi przeciwnikami jako irytujący, sztuczni spowalniacze postępu. Zamiast budować napięcie, wzbudzają jedynie westchnienie znużenia. Czar potyczek bywa również odrobinę psuty przez sferę techniczną – kamera potrafi się nieznacznie gubić podczas starć, szczególnie jeśli wykonujemy błyskawiczne uniki i kontry na ciasnych, ograniczonych korytarzach, blokując nam widoczność w kluczowych ułamkach sekund.

Plusy

  • Audiowizualna uczta - Świat momentami zachwyca, a otoczenie dźwiga ciężar opowiadanej historii
  • Ciekawe postacie z własną historią - zarówno protagonista, antagonista, jak i postacie poboczne
  • Świetne zakorzenienie fabuły w historii i folklorze Japonii
  • Wymagający, ale prosty w swoich założeniach system walki, który wynagradza gracza za podejmowane decyzje
  • Świetne projekty lokacji

Minusy

  • Kamera potrafi się nieznacznie gubić podczas starć
  • Zadania poboczne oraz pętla rozgrywki w drugiej połowie gry są straszliwie powtarzalne
  • Recykling mini-bossów między walkami z ważniejszymi przeciwnikami

Werdykt

Onimusha: Way of the Sword udowadnia, że najlepszą rzeczą, jaka może nas spotkać, to idealnie przemyślane wyzwanie, które pcha nas na same krawędzie naszych refleksów i decyzyjności. Gra wprost kapitalnie łączy taktyczną, szybką jak błyskawica rozgrywkę z gęstą fabułą czerpiącą pełnymi garściami z genialnych dzieł japońskiego kina, historii, a przede wszystkim folkloru. Chociaż tytuł lekko spowalnia w swojej finałowej sekcji, przytłaczając gracza lekko nużącym rzutem znanych już oponentów, to relacje głównych bohaterów (z zadziornym, świetnym Musashim i duchową Shizuką na czele) stanowią wzór do naśladowania dla reszty branży. Bycie na moment wolnym, zatopionym w tańcu z mieczem – to coś, dla czego tę grę trzeba ukończyć. Jeśli pokochasz tę grę od początku, obudzisz się zmęczony, z padem w ręce, ale spełniony i zakochany, bo to jedno z największych osiągnięć firmy od lat.

W tym artykule
  • Platforma / Temat
  • X-box Series X
  • PC
  • PS5
  • Nintendo Switch 2

Recenzja: Onimusha: Way of the Sword – Triumfalny powrót japońskiej legendy

9
Niesamowita
Onimusha: Way of the Sword godnie reprezentuje tę zasłużoną serię. Capcom jest jednym z największych zwycięzców 2026 w grach, a przygoda Musashiego tylko mnie w tym utwierdza.
Onimusha: Way of the Sword
Komentarze